Obrazami odmawiam moje za nich modlitwy

Pytania o wiarę, wartość życia, człowieczeństwo nigdy nie straciły na aktualności. Nigdy też nie wybrzmiały tak mocno jak w konfrontacji z bezmiarem zbrodni w Auschwitz. Stawia je również Marian Kołodziej, numer 432, więzień pierwszego transportu do obozu, w wizyjnych, wstrząsających grafikach i instalacjach „Klisze pamięci. Labirynty”.

To nie wystawa – nie sztuka, nie obrazy, a słowa zamknięte w rysunku[2]  

W Harmężach, nieopodal Oświęcimia, na terenie Centrum św. Maksymiliana, znajduje się zapadająca głęboko w serce stała ekspozycja„Klisze pamięci. Labirynty” Mariana Kołodzieja. Artysta – świadek zagłady piekła Auschwitz – prowadzi nas w głąb tytułowych labiryntów jako numer 432, dzieląc się swoimi przeżyciami. To jego testament. Misterium śmierci.

Sugestywna przestrzenna aranżacja cyklu grafik i rekwizytów obozowej codzienności obejmuje 374 prace. Za pomocą często najprostszych środków plastycznych: ołówka, tuszu, zwykłej kartki papieru autor snuje wstrząsającą, plastyczną opowieść o sobie i tych, którzy nie ocaleli z „fabryki śmierci”. Powstał artystyczny zapis traumatycznych wspomnień obozowej apokalipsy, rozpaczliwej walki o zachowanie życia i ludzkiej godności.

Pod wpływem obrazu, scenografii, ponurej kolorystyki, gdzieniegdzie tylko przetkanej barwnymi wspomnieniami minionego świata, gehenna więźniów powraca. Staje się niemal realnym przeżyciem każdego, kto podąża za autorem labiryntami piekła, upodlenia, niewyobrażalnego bólu, zmagań o „własną wagę” – o wartości, dzięki którym wciąż jeszcze można się uznać za człowieka. 

Zostawiam prawą stronę „Sądu Ostatecznego”[3]

Wejście na wystawę prowadzi przez bydlęcy wagon. Gdy z niego wyjdziemy, od razu znajdziemy się w samym centrum dramatu. Nagle osaczają nas kłębowiska ciał, bezduszna, plugawa śmierć, wynaturzone postacie kapo, rekwizyty dnia obozowego czy zewsząd napierające przerażone oczy więźniów, którzy wraz z utratą indywidualnych rysów twarzy tracą swoje człowieczeństwo. Niemal czujemy, jak stają się symbolami, numerami, półżywymi półludźmi, których pochłaniają apokaliptyczne bestie. Nad achromatyczną „fabryką śmierci” czernieje słońce, a Bóg wydaje się nieobecny.

Marian Kołodziej tak skomentował tę rzeczywistość:

Ja rysuję tylko piekło, nie rysuję nieba. Ja zostawiam tylko prawą stronę „Sądu Ostatecznego”[4]. Tu nie ma podziału na grzeszników i świętych – jak na tryptyku Memlinga. Nie ma raju i weselnych szat. Sprawiedliwości i sądu. Czym się staje świat bez Dekalogu? Makabrą, piekłem.

Potworność obozowa przybiera jednak nowe oblicze – oblicze cierpiącego Jezusa. Niektórzy skatowani więźniowie upodobniają się do postaci Chrystusa Frasobliwego. Jesteśmy świadkami, jak sam Frasobliwy, z koroną z drutu kolczastego, zdejmuje numer 432 ze słupka, obozowej Golgoty – jak z krzyża – jednej z najstraszliwszych tortur. Współcierpi. Jest obecny.

Mieć własną wagę![5]

Zmagania bohatera o zachowanie człowieczeństwa są równie dramatyczne jak walka o przeżycie po katorżniczej pracy. Jak złapanie choćby kropli wody nadającej się do picia lub chochli zupy bez piasku i kamieni. Nawet drobne gesty w tej ekstremalnej rzeczywistości urastają do heroicznego czynu. Oto artysta z czułością i szacunkiem niesie zmarłego przyjaciela do pieca krematoryjnego. Na innym obrazie dzieli się z innymi przejmującym żalem podczas Wigilii ukazanej jako Ostatnia Wieczerza.

„Mieć własną wagę” – to pragnienie pojawia się w „Kliszach pamięci” jak modlitwa. Waga, symbol sprawiedliwości u Dürera – atrybut drugiego jeźdźca Apokalipsy, alegorii głodu – występuje na grafikach wiele razy. Waga w obozie istniała naprawdę. Została zrobiona przez skazanych, by rozdzielać po równo okruchy chleba, który trafiał do więźniów. Co dla nich oznaczała? Chodziło o zachowanie jakiejś namiastki sprawiedliwości, nawet w tym piekle. O to, by ważyć w sobie każdy czyn, by wiedzieć, że wszystko ma swoje konsekwencje, wreszcie – by strzec w sobie człowieczeństwa.

„Własna waga” przekładała się również na dbałość o słowo. Kołodziej wylicza kolejną torturę: W surrealistycznym miejscu śmierci chłostano nas […] i maltretowano na co dzień również słowem. Odrażającym, plugawym, okrutnym. Ordynarne przekleństwa to „krematoryjne esperanto”[6]. Aby bronić się przed takim zniszczeniem, więźniowie potajemnie zorganizowali teatr. Aktorzy (Stefan Jaracz, Tadeusz Kański, Zbigniew Sawan, reżyser Leon Schiller) recytowali Mickiewicza, Słowackiego, Norwida, Krasińskiego, Wyspiańskiego. Skazańcy przez chwilę oddychali Polską, obcowali z piękną polszczyzną. Numer 432 w zaułku swoich labiryntów zaprosił nas na lagrową scenę, którą nakreślił ze scenograficznym rozmachem.

Kim stałbym się, gdybym Cię nie spotkał – mój Mistrzu…[7]

Nawet w takim piekle, jakie zgotowano w obozie, można było zachować ludzką godność i odnieść moralne zwycięstwo. Dowiódł tego Ojciec Kolbe. Gest bezinteresownej miłości św. Maksymiliana do nieznanego mu ojca rodziny podczas pamiętnego apelu w lipcu 1941 r. zrobił tak wielkie wrażenie na Marianie Kołodzieju, że zaczął on w Ojcu Kolbem widzieć drugiego Chrystusa. Porównywał go także do asyskiego Franciszka odbudowującego Kościół na polecenie Jezusa.

Maksymilian Kolbe, numer obozowy 16670, obok autora „Labiryntów” stał się drugim głównym bohaterem wystawy. Został uwieczniony z własnymi rysami twarzy, co u Kołodzieja oznacza zachowanie pełni człowieczeństwa (Kołodziej zostawił niezmienione rysy twarzy także Franciszkowi Gajowniczkowi, symbolicznie wyrzuconemu przez Świętego z krematoryjnego rusztu). Do ponurego świata Auschwitz, pozbawionego nadziei, Ojciec Maksymilian wniósł światło życia. Dzięki niemu Chrystus z obrazu Grünewalda, ikony cierpienia, zmartwychwstał!

Artysta przedstawił graficznie pełną biografię Świętego: począwszy od domu rodzinnego, przez życie zakonne, misyjne, na obozie i męczeńskiej śmierci kończąc. Często w różnych wypowiedziach podkreślał, że Ojciec Kolbe uratował życie nie tylko Franciszka Gajowniczka, lecz także jego – numeru 432. Że gest miłości Świętego wybrzmiał wśród więźniów, dając nadzieję i ogromną siłę do wytrwania. Cytował przy tym Herberta: Kim stałbym się, gdybym Cię nie spotkał – mój Mistrzu…[8]

Ocalałeś nie po to aby żyć/ masz mało czasu trzeba dać świadectwo[9]

Marian Kołodziej dopiero w ostatnich latach przed śmiercią powrócił artystycznym zapisem wspomnień do swojej tragicznej młodości. Niewiele brakowało, by prace prezentowane na wystawie w ogóle nie powstały. Po blisko pięćdziesięciu latach milczenia do dania świadectwa skłoniła go ciężka choroba, a przyświecał fragment wiersza Herberta: Ocalałeś nie po to aby żyć/ masz mało czasu trzeba dać świadectwo[10].

Grafiki i scenografie nie przedstawiają jedynie przeszłości. Autor swoje prace stworzył także jako podstawę do przemyśleń – nad historią Polski, naszym człowieczeństwem, godnością, wolnością, wiarą. Stawia trudne pytania, zachęca do pracy nad sobą. Jest wymagającym nauczycielem. Każdy, kto przejdzie ścieżką „Labiryntów”, nie może pozostać obojętny.

Na wystawie zderzymy się więc nie tylko z rozpaczą więźniów pierwszego transportu, strachem zagazowanych Żydów, ale też z potrzebą naszej odpowiedzi. By przeżyć to misterium, trzeba odwiedzić ekspozycję. Możemy to zrobić online (labyrinths.pl, harmeze.franciszkanie.pl) lub na miejscu, bezpłatnie, z zachowaniem obowiązującego reżimu sanitarnego,  po uprzednim zgłoszeniu planowanej wizyty u franciszkanów, którzy są kustoszami wystawy (e-mail: harmeze@franciszkanie.pl).

Moje rysunki […] to moje wyryte głęboko rany[11]

W 1940 r. Marian Kołodziej jako 17-letni harcerz znalazł się w pierwszym transporcie więźniów politycznych do obozu hitlerowskiego w Auschwitz. Ku jego rozpaczy musiał wraz z innymi więźniami rozbudowywać obóz – miejsce kaźni. Tam za szpiegostwo został skazany na karę śmierci. Do końca wojny tułał się jeszcze po innych obozach: Gross-Rosen, Breslau-Lissa, Buchenwald, Sachsenhausen. Doczekał wyzwolenia w Mauthausen-Ebensee.

Po powrocie do Polski studiował na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie na wydziale malarstwa w pracowni prof. K. Frycza. Został scenografem teatralnym i filmowym – jednym z najwybitniejszych w Polsce. Osiadł w Gdańsku, gdzie podjął pracę w Teatrze „Wybrzeże”. W ciągu 40 lat pracy artystycznej zaprojektował scenografie do wielu spektakli, współpracując z Hübnerem, Golińskim, Kreczmarem, Mincem, Okopińskim, Hebanowskim, Babickim, Hanuszkiewiczem, Kutzem czy Różewiczem. Był twórcą ołtarzy papieskich w 1987 r. na Zaspie w Gdańsku i w 1999 r. w Sopocie. W 1997 r. został Honorowym Obywatelem Miasta Gdańska. Zmarł w 2009 roku, jego grób znajduje się w Harmężach.

Protest do przemyśleń i wyciągania wniosków

Proponuję przejście labiryntem znaczonym doświadczeniami fabryki śmierci. Proszę, przeczytajcie moje narysowane słowa, które powstały również z tęsknoty za jasnością kryteriów, za czytelnym oddzieleniem dobra od zła, prawdy od fałszu, sztuki od jej pozoru. To także moja niezgoda na świat jaki jest dziś. To również jest o nas, o tym co zrobiliśmy z naszym człowieczeństwem, protest do przemyśleń i wyciągania wniosków istotnych dla nas dzisiaj. To list starego człowieka do samego siebie sprzed 55 lat. Również hołd tym wszystkim, którzy spopieleni – odeszli[12].


[1] Marian Kołodziej. Słowa artysty zostały opublikowane w ramach ekspozycji.

[2] Jw.

[3] „Między piekłem a Niebem” – wizja Auschwitz w twórczości Mariana Kołodzieja, https://harmeze.franciszkanie.pl/autor-o-swojej-wystawie/, dostęp: 31.12.2019 r.

[4] Op. cit.

[5] Marian Kołodziej. Słowa artysty zostały opublikowane w ramach ekspozycji.

[6] Marian Kołodziej, PMA – B, Oświadczenia, tom 160, s. 34, cyt. za: Agnieszka Kłos, Śmierć i rola trupów w „martwych przestrzeniach”, [w:} Narracje o Zagładzie, numer 2, WUŚ, Katowice 2016, s. 191.

[7] Zbigniew Herbert, Do Henryka Elzenberga w stulecie Jego urodzin.

[8] Op. cit.

[9] Zbigniew Herbert, Przesłanie Pana Cogito.

[10] Op. cit.

[11] Marian Kołodziej. Słowa artysty zostały opublikowane w ramach ekspozycji

[12] Marian Kołodziej. Słowa artysty zostały opublikowane w ramach ekspozycji.

Recommend
Share
Tagged in